Carmesin zbliżył się do straganu cicho, z zawiniętym w liście bukietem świeżych, drobnych kwiatów, które sam zebrał tuż po świcie. Miał dobry nos do takich rzeczy – wybierał tylko te pachnące najintensywniej, o płatkach delikatnych jak mgła i barwach tak głębokich, że wyglądały niemal jak malowane. Ostrożnie położył je na krawędzi drewnianego stołu, przyciągając tym uwagę jednego z gnomów. Nie odzywał się od razu. Tylko skinął głową w geście powitania i przeniósł spojrzenie na klatkę stojącą z boku. Mała, puchata krówka drgnęła lekko, poruszyła nosem i podniosła głowę, jakby wyczuła, że właśnie stała się obiektem szczególnego zainteresowania.
– Mam coś dla was – powiedział, wyciągając bukiet z nieco niezgrabną, ale wyraźnie serdeczną intencją.
– Za to. Chciałbym ją – powiedział spokojnie, wskazując kwiaty łapą.
Nie tłumaczył, nie wyjaśniał, nie próbował przekonywać. W jego głosie nie było targowania, raczej cicha prośba oparta na czymś więcej niż potrzeba. Pozostał przy tym nieruchomy, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego – wymienić zapach porannej łąki na mały, ciepły kłębek do towarzystwa.
//2x miłek, mniszek, mak, koniczyna, róża, jeżówka, kąkol, czarnuszka za kompana niemechanicznego, miniaturowa puchata krowa